Administracja | [ Zaloguj ]

„Jan Włodek. Legionista, dyplomata, uczony”

Fragmenty

Z pamiętnika Jana Włodka:

 

          Zmartwychwstanie Polski jest przecie rzeczą pewną, więc jesteśmy z każdą upływającą chwilą coraz bliżej spełnienia się naszych oczekiwań.

(Berlin, 8 grudnia 1909)

 

 

            W zapiskach prowadzonych przez Jana Włodka w latach 1902-1914 wielokrotnie powraca problem odrodzenia się Polski: przewijają się rozmyślania o tym kiedy i za czyją przyczyną mogłoby to nastąpić, jaka miałaby być postać polskiego państwa? Choć Jan był wówczas jeszcze młodym studentem nieudzielającym się w żadnej organizacji politycznej, znać, iż sprawa polska zaprzątała jego myśli: „Jest nas Polaków około dwudziestu milionów. Na te dwadzieścia milionów jest, przypuszczam, jeden milion o zdrowym rozsądku. Gdyby ten milion ludzi co tydzień jeden dzień poświęcał zastanawianiu się nad odbudowaniem Polski, to wypadłoby w jednym roku 130 tys. lat rozmyślań (jeden okres geologiczny!). Czy przez 130 tys. lat rozmyślań nie znaleźlibyśmy odpowiedzi na pytanie: Jak Polskę z kajdan wyzwolić?”.  Największe zagrożenie dla idei wyzwoleńczych upatrywał w wynarodowieniu: „Zdaje mi się, że największą zbrodnią wobec ludzkości w uciskaniu innych narodowości jest nie to, że jakiś Polaków przerobi się na Niemców, albo żydów na katolików lub Chorwatów na Serbów, lecz to, że ucisk obcych narodowości przez jakieś państwo wytwarza masy ludzkości antypaństwowo usposobione. Takie odłamy, gdy uzyskają własne państwo, z przyzwyczajenia nadal je zwalczają”.  Bolał nad tchórzostwem i nielojalnością społeczeństwa wobec podzielonego kraju: „Każdy przyzna, że Ojczyzna śmierci warta (…) ale za kraj stracić zdrowie: To błazeństwo! Każdy powie”. Na początku marca 1913 r. zanotował: „Czas na powstanie obecnie jeszcze nie nadszedł: warstwy wyższe naszego społeczeństwa mają już za dużo do stracenia w zamieszkach wojennych; warstwy niższe nie mają zaś jeszcze nic do zyskania”.

          On sam był głęboko przekonany, że niepodległość musi być przywrócona: „Zmartwychwstanie Polski jest dla mnie kategoryą[1], zasadą mojego myślenia nie podlegającą logice. Przodkowie nasi udowodnili tę konieczność, czy to z bronią w ręku, czy to wojną polityczną”. W innym miejscu pisał: „Każda koncepcja Polski niepodległej niech będzie błogosławiona. Choćby w tej Polsce królem miał być żyd-syonista, a senatorami chłopi niepiśmienni”. Może i jest to zbyt idealistyczne i niedookreślone pragnienie, ale przecież jedno można stwierdzić z pewnością: Jan Włodek oczekiwał przywrócenia państwa całkowicie suwerennego – niepowiązanego sojuszami z żadnym z zaborców.           Nie dziwi więc wyznanie z grudnia 1914 r.: „Wstąpiłem do Legionów Polskich bez przekonania, prawie że z musu. Teraz muszę się bronić przed obejmującą mnie sympatią do tego wojska polskiego”, jeśli pamiętać, iż Legiony Polskie podlegały proaustriackiemu Naczelnemu Komitetowi Narodowemu. Być może jednak Jan Włodek miał świadomość, że jest to pierwszy krok ku wytęsknionej niepodległości…

(str. 37)

 

W 1938 r. Jan Włodek, jako ówczesny właściciel dóbr Dąbrowica w parafii Niegowić, powziął wraz z komitetem parafialnym decyzję o budowie nowego, murowanego kościoła w Niegowici. Inicjatywa wyszła od proboszcza niegowickiego, księdza prałata i dziekana Kazimierza Buzały.  Dotychczasowa drewniana świątynia – pochodząca z 1771 – stawała się zbyt mała dla coraz bardziej rozrastającej się rzeszy wiernych. Jeszcze jako właściciel majątku Niegowić, w 1926 r. Jan zakupił projekt nowego kościoła u inż. Bogdana Tretera, tego samego archi­te­kta­, który projektował dla niego dwór. II wojna światowa przerwała realizację tego przedsięwzięcia. Dopiero w 1949 r. młody wikary w Niegowici, ksiądz Karol Wojtyła – późniejszy papież Jan Paweł II, podjął kontynuację budowy świątyni według przedwojennego projektu. Zamierzano w ten sposób uczcić złoty jubileusz kapłaństwa ks. Buzały. Konsekracja odbyła się 25 września 1966 r., co miało upamiętniać Tysiąclecie Chrztu Polski. Dokonał jej Karol Wojtyła już jako metropolita krakowski. Warto wspomnieć, że autorem wystroju wnętrza jest prof. Wiktor Zin. Natomiast stary kościółek  został przeniesiony do Mętkowa nad Wisłą, koło Czernichowa.     

(str. 164)

 

Jadąc, zauważyliśmy krążący po niebie samolot niemiecki typu „Storch”. Zatrzymaliśmy tabor we wsi. Nagle usłyszeliśmy szum; liście drzew zdawały się migotać – niby jakieś ogniki. Jakby zerwał się gwałtowny wiatr. Ojciec natychmiast zorientował się w śmiertelnym niebezpieczeństwie: kazał wszystkim zeskoczyć z wozów i skryć się pod okapami chałup stojących przy drodze. Byliśmy ostrzeliwani przez „Storcha”. Konie, pozbawione woźnicy, ze strachu poniosły. Plecak mamy, który miała zawsze przy sobie, wypadł z wozu i zgubił się. Nasz wóz złamał koło i zatrzymał się kilkaset metrów dalej, w przy­drożnym rowie. „Storch”, lecąc bardzo nisko, strzelał z karabinu maszynowego wzdłuż całej kolumny naszego taboru. Po chwili odleciał i nie pokazał się ponownie. Okazało się, że nasz wóz był przestrzelony w kilku miejscach. Moglibyliśmy zginąć, gdybyśmy nie zeskoczyli na czas. Konie natomiast nie zostały nawet zadraśnięte.

(str. 187)

 

Jan Włodek dzielił pryczę w baraku nr 46 z prof. Tadeuszem Lehr-Spławińskim. Z wspomnień współwięźniów wiadomo, iż w czasie całego pobytu w Sachsenhausen nigdy się nie załamał. Przeciwnie – był dla innych wsparciem i ostoją nadziei. Profesor UJ, znany historyk polski Władysław Konopczyński, świadek tamtych dni, tak go zapamiętał: „… przebył całe więzienie i obóz z gęstą miną, człowiek czynu i praktyk… Miał przed sobą wielkie zadania z zakresu odbudowy i rozbudowy przyszłej Polski, o czym z innymi kolegami chętnie rozprawiał, miał pewnie w perspektywie i rektorat UJ”.[2] Rzeczywiście mówiono potem o nim jako o „rektorze z Sachsenhausen”. Prof. Franciszek Górski, serdeczny przyjaciel Jana Włodka, który dzielił z nim więzienny los powiadał o jego nieugiętej postawie swojej żonie. Oto co Maria Morstin-Górska zanotowała na podstawie mężowskich relacji: „W obozie ś.p. prof. Włodek okazał się tym samym dobrym towarzyszem, jakim znali go przyjaciele i koledzy z szczęśliwych czasów swobody – człowiekiem niezwykłego uroku, który nie był w jego naturze czymś zewnętrznym, lecz miał dwa głębokie źródła: życzliwość serca i nawet w czasach przedwojennych rzadko spotykaną kulturę umysłu. Wykwitem tej głębokiej życzliwości serca był też charakteryzujący ś.p. prof. Włodka takt w postępowaniu z ludźmi. Niedarmo wszyscy koledzy mianowali go w obozie jednogłośnie sędzią i rozjemcą ewentualnych sporów. (…) Podczas mroźnych apeli w Oranienburgu deklamował półgłosem po grecku gniewne apostrofy z Illiady…”.[3]

          Zachowały się listy pisane przez profesora do żony i dzieci w czasie uwięzienia, z oczywistych powodów wszystkie były po niemiecku i ocenzurowane. Nadawca znalazł jednak sposoby, by oszukać hitlerowską czujność. Pierwsza kartka przyszła 10 listopada z Wrocławia

          8 lutego 1940 r. stało się coś, czego już dawno aresztowani w Sonderaktion Krakau przestali oczekiwać: Niemcy zaczęli zwalniać ich z obozu. Dotyczyło to początkowo więźniów, którzy mieli powyżej 40 lat, a do nich zaliczał się również Jan Zdzisław Włodek. Młodszych przeniesiono do obozu koncentracyjnego w Dachau pod Monachium, skąd sukcesywnie, w grupkach – po dwóch, trzech – wracali do domów. Kilku profesorów narodowości żydowskiej Niemcy zamordowali. Ostatni więźniowie powrócili do Krakowa z końcem 1940 r.

(str. 209)

 

Z pamiętnika Jana Włodka:

Wietrze, wichrze niedościgły

Wal w przełęcze kłęby chmur.

Ośnież turnie, skalne igły,

Dmij w doliny, władco gór.

 

Wietrze, wietrze nieuchronny

Wymieć niebo łowco chmur,

Oszczędź lasy świerków gonnych,

Omiń ciemny, stary bór.

 

Wichrze, wietrze towarzyszu

Weź mnie z sobą, oczyść z chmur,

Obroń myśl od złych przybyszów,

Ozdrów mocą władczą gór.

 

Wietrze, wietrze niedognany

Weź mnie z sobą wyżej chmur,

Otwórz serce, zalecz rany,

Daj mi ciszę, władco gór.

(str. 241)                                 

 


[1] W znaczeniu: czymś kategorycznym, koniecznym. (Przyp. red.)

[2] W. Konopczyński, Pod trupią główką („Sonderaktion Krakau”), Warszawa 1982.

[3] Wspomnienia M. Morstin-Górskiej spisane 24 maja 1945 r., w posiadaniu rodziny Włodków.