Administracja | [ Zaloguj ]

„Felietony o sztuce”

Wstęp Andrzeja Kozioła

Kim był Jerzy Madeyski?

Historykiem sztuki? Tak, i to znakomitym. Znawcą zasad savoir vivre’u? Niewątpliwie, co mogli stwierdzić czytelnicy „Dziennika Polskiego”, czytając jego urocze, dowcipne felietony z cyklu „Brat Chama”. Postacią znaną w Krakowie i znającą Kraków? Jak najbardziej, i to cały Kraków: od arystokratycznych salonów, poprzez środowiska artystyczne po bywalców placu Na Stawach. Przede wszystkim jednak był pan Jerzy przeuroczym człowiekiem, urodzonym gawędziarzem.

Od czasu do czasu wpadał do „Dziennika Polskiego”, do sekretariatu redakcji, jeszcze w tradycyjnej siedzibie, w „Krążowniku Wielopole”. Najpierw z maszynopisami, później, gdy sprawił sobie komputer, z dyskietkami. Codzienna gazeta podobna jest do fabryki. To nie tygodnik – warsztat rzemieślniczy, gdzie jest czas i na pogwarki, i na odsapkę. Nie miesięcznik – pracownia artystyczna, w której można pozwolić sobie na rozwlekłe dysputy.  Dziennik to wymuszony rytm pracy, jak przy taśmie montażowej, dlatego nawet najmilsi goście stanowią problem. Z nielicznymi wyjątkami, wśród których prym wiódł Jerzy Madeyski.

Minęło już sporo lat, a ja ciągle pamiętam „dziennikowe” wizyty pana Jerzego. Kiedy już maszynopisy powędrowały z teczki na redakcyjne biurko, kiedy pojawiła się herbata, pan Jerzy oświadczał, że oprócz felietonów, oprócz eseju, przyniósł jeszcze coś – głupi kawał.

Taką mieliśmy umowę – opowiadaliśmy sobie głupie wice. Nasz gość podobną zabawę uprawiał przez lata z Wisławą Szymborską. W „Życiu Literackim” siedzieli biurko w biurko i zarzynali kawały. Każdy dowcip, a już szczególnie dobry, należało opowiedzieć tak, jakby to zrobiła blondynka. Czasami zadanie wydawało się niemożliwe, no bo jak zarżnąć kawał o facecie, który zdyszany, z tragiczną miną wpada do sklepu i pyta: Czy mogę zadzwonić? Sprzedawca potakująco kiwa głową, pokazuje telefon i wtedy facet wyciąga z kieszeni mały dzwoneczek… Nie do zarżnięcia? Nie dla przyszłej noblistki. Pani Wisława zarżnęła go natychmiast i bez zmrużenia oka. Wpada facet do sklepu i pyta: Czy mogę zatelefonować?, po czym wyciąga dzwonek…

A później, kiedy parowała redakcyjna herbata, pan Jerzy opowiadał. Soczyste anegdotki – ale o kim, o jakich znakomitościach! – mieszały się z małymi, mówionymi esejami. Podobnie – ale mniej żywo, mniej barwnie – napisał Herbert swojego Barbarzyńcę w ogrodzie. Zaczynało się od drobiazgu, detalu, bibelotu, portalu, nadproża, kamieniarskiego lub stolarskiego narzędzia lub – za przeproszeniem – nocnego naczynia, a kończyło na gastronomii. Pan Jerzy nie potrafił mówić tak, jak widzieli świat Tuwimowscy „straszni mieszczanie” – o wszystkim z osobna. Wokół drobiazgu motał historię, obyczajowość, literaturę, ekonomię – aż powstała całość wielobarwna, ale jednocześnie przejrzysta, czytelna niczym mozaika.

Ileż to razy namawiałem redaktora Madeyskiego, aby zebrał swoje opowieści o tym wszystkim, co działo się w Polsce przez kilkadziesiąt ostatnich lat, aby okrasił je swoimi pysznymi anegdotami, aby zebrał rozproszone eseje w jeden przynajmniej zbiór. Nie bardzo miał na to czas: bo wykłady w Akademii Sztuk Pięknych, bo pisanie scenariuszy  dokumentalnych filmów i wstępów do katalogów, bo wywiady dla radia i telewizji, bo wyjazdy do Wenecji,  gdzie miał swój ulubiony hotelik, w centrum, ale na uboczu…

Niestety, nie doczekamy się już wspomnień Jerzego Madeyskiego. A miałby o czym pisać, skoro urodził się w 1931 roku we Wschodniej Polsce, w ziemiańskiej, zamożnej rodzinie, przeżył dwie okupacje i kilkadziesiąt lat PRL. W 1939 roku runął bezpieczny, syty, przyjazny świat. Wkrótce opuścili Leśniowice, polską wysepkę pośrodku ukraińskiego, wzburzonego morza. Schronili się do Lwowa, ale, pożal się Boże, jakie to było schronienie. Mieszkanie musieli dzielić z sowieckimi oficerami, z ich rodzinami. Nieproszeni goście bezcenne wazy z epoki Ming napełniali barszczem, a jeden z nich, politruk, zdybał rysunki do Grottgerowskiej Lithuanii, bezcenne autentyki, i wycinał z nich toporne pięcioramienne gwiazdy, które później malował na czerwono. Na Wałach Hetmańskich, podczas trzaskających mrozów, nie wiadomo po co, stanęły żyrafy i słonie. Toporne, z nieheblowanego drewna.

Nad rodziną cały czas wisiało niebezpieczeństwo zsyłki. Jeden z przymusowych sublokatorów powiedział, patrząc na babcię: Ty nie przeżyjesz, twoja córka może, ale pal was licho, mnie chłopców szkoda. Ojca już nie było, rodzinę rozdzielił 1939 rok.

Pozostawała tylko ucieczka, a ta możliwa była tylko w jednym kierunku – na tereny zajęte przez Niemców. Matka poszła do niemieckiej misji wojskowej i wtedy stał się cud. Misją kierował Austriak, były podwładny dziadka pana Jerzego, a dziadek Pomianowski nie był byle kim – cesarsko-królewskim feldmarszałkiem. Otrzymali fałszywe dokumenty, stali się Müllerami, Niemcami. Na granicznym moście czekało NKWD, funkcjonariusze mieli nawet – jak się później dowiedzieli – zdjęcia całej rodziny. Tym razem przydały się miesiące biedy, głodowania – nikt nie był podobny do siebie samego.

Później był krótki pobyt w Przemyślu. Na Zasaniu płonęły polskie domy, podpalone przez Ukraińców. Znów wyjazd, tym razem do Cieszacina, do wuja Drohojowskiego, z powodu sympatii do ruchu ludowego zwanego „Zielonym Hrabią”. Kiedy skończyła się wojna, pan Jerzy, który wcześniej nigdy nie chodził do szkoły, trafił do gimnazjum. Znów płonęły domy na Zasaniu, a w gimnazjum równie ważny jak zeszyt, kałamarz i pióro był pistolet.

Brat zdał maturę, znów konieczna była przeprowadzka ‒ tym razem do uniwersyteckiego miasta, i w ten sposób Jerzy Madeyski znalazł się w Krakowie.

Kraków – „Nowodworek”, najbardziej prestiżowe liceum i znów kłopoty. Wraz z kolegami – same fatalne w tamtych czasach nazwiska: oprócz Madeyskiego, Tarnowski, Rey, Morsztyn, Kozłowski – aby uniknąć przynależności do ZMP, a wykazać się działalnością społeczną, założyli Towarzystwo Burs i Stypendiów. Organizacja była jak najbardziej legalna, ale wzbudziła czujność Urzędu Bezpieczeństwa. Znów więc wyjazd, do Lublina, gdzie krewny, prof. Łoś, tuż przed maturami, wsadził go do liceum.

Później trzy semestry historii sztuki na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, reszta na Uniwersytecie Jagiellońskim. Okres bikiniarstwa, wąskich spodni, butów na tak zwanej słoninie, szerokich marynarek, kolorowych krawatów. Razem z Barbarą Hoff grzebali na „Tandecie” w poszukiwaniu modnych ciuchów.

Praca w jednej, w drugiej spółdzielni ‒ nudna, ale innej nie było. Wreszcie wybuchł październik 1956 roku – można było swobodniej oddychać. Wszystko się zmieniło, pan Jerzy został sekretarzem redakcji słynnej „Zebry”, czasopisma, które bulwersowało i partyjnych towarzyszy, i zacnych krakowskich mieszczan. Później długie lata w „Życiu Literackim”. A kiedy skończyło się „Życie”, zaczęła się emerytura, w rzeczywistości okres niezwykle aktywnej pracy…

O tym wszystkim pan Jerzy nie zdążył napisać. Na szczęście pozostały jego eseje, na szczęście pan Janusz M. Paluch zebrał je, uformował w tę książkę. Na szczęście…

 

Andrzej Kozioł