Administracja | [ Zaloguj ]

„Spotkania”

Nikifor. Autoportret

Moja znajomość z Nikiforem zaczęła się od pomyłki. Parę lat przed drugą wojną światową, w roku 1936 mniej więcej, Ela przyniosła mi na imieniny niewielki kartonik zamalowany, na którym widać było dworzec kolejowy i szyny. Kolory obrazka były smutne: dużo brązu z ziemi, granat pospolity w niebie i trująca zieleń w środku. Sam kartonik, naddarty, stanowił część okładki bloku rysunkowego. Nie wyglądało to efektownie. Gdy wziąłem obrazek do ręki, nic mi się w nim nie podobało. Wszystko było nieładne.

A najgorsze, że Ela wręczyła mi kartonik niby skarb. Była dumna, że coś takiego znalazła. Dostała obrazek od malarza Józefa Jaremy, poznaliśmy go w „Kawiarni Plastyków”. Nie lubiłem tego Jaremy, drażnił mnie ekstrawagancją. Niechęć do niego spłynęła na Nikifora. Nie pozwoliłem się oszukać. Przyjąłem więc kartonik zimno, nawet niegrzecznie. I skończyło się na odebraniu podarunku, małej sprzeczce, a nawet nie obyło się bez łez. Teraz miałem już pretensję do samego Nikifora, miałem uraz, nawet kompleks.

A potem powoli, powoli zaczęły budzić się wątpliwości. Kto miał rację. Ja czy Ela? Trochę szerzej: czy „coś takiego” może się podobać, czy coś takiego ma wartość, malarską oczywiście, bo Ela zaznaczyła, że kartonik dostała za darmo. Czy istnieją inne obrazy, obok tych, przy których się wychowywałem?

W jadalni naszej wisiał ogromny autoportret Malczewskiego, dużo rysunków Matejki, akwarela Tondosa, portret ojca narysowany przez Mehoffera, pejzaż zimowy Fałata. Wszystko w tym stylu, w złotych, w czarnych, zawsze szerokich ramach. Dobrze dla mnie, bardzo źle dla Nikifora. Bo jakżeby on się czuł w tym towarzystwie, ten maleńki brudny kartonik obok błyszczącej głowy Malczewskiego. Rysunek Matejki z Krynicy obok rysunków Jana Matejki z Krakowa.

Potem zdarzyła się wojna, przyszła okupacja, mieliśmy inne zmartwienia. Ale kartonik się nie zagubił, patrzyłem na niego, patrzyliśmy razem z Elą, i już widziałem, że w krynickim malowaniu jest coś wspólnego z malarstwem, do którego przywykłem. Bezbłędny wybór kolorów, czysty rysunek, wyrazistość kompozycji. Zbliżałem się do nędznego kartoniku już bez przymusu i odchodziłem do widoków Tondosa i Fałata. Potem dostałem mały pejzaż Piotra Michałowskiego, położyłem obok Nikifora i zobaczyłem, że można je umieścić na jednej ścianie. Tak, żeby każdy miał przestrzeń dla siebie. Poznałem Kazimierza Mikulskiego i jego portret Eli położyłem obok jej portretu malowanego przez Nikifora. Bardzo dobrze się godzą.

W tym czasie poznałem mistrza z Krynicy, odnalazłem go na ulicy, zobaczyłem jego inne obrazki, dawniejsze, większe. I to było oczarowanie. Gdy opuszczałem dom rodzinny, zostawiłem więc w nim bez żalu rodzinne obrazy. Swoją rolę spełniły. Zacząłem zbierać obrazy nowe, których miarą stał się Nikifor. Poddałem się jego magii.

*

Aby sztuka magiczna miała powodzenie, aby doświadczenie się udało, musimy w nie wierzyć. Choćby przez chwilę. Powinien w nie wierzyć także sam artysta, także choćby przez chwilę. Inaczej zamiast twórczości zostaje przedstawienie, ta sztuka przedstawiająca, której nikt już nie bierze poważnie. Dziś możemy mieć pretensje do malarzy realistów, jeżeli gałęzie ich drzew nie szumią. Surrealiści i malarze prymitywni zasłużyli na szacunek także dlatego, że tworząc dobre obrazy, tworzyli je w dobrej wierze. Nikifor namalował Anioła Stróża, bo mu Anioł był potrzebny i ten Anioł później go strzegł. Sztuka, którą rozpoczął mając osiem, dziesięć czy jedenaście lat, była sztuką zadośćuczynienia. Zarówno wobec niego samego, jak wobec otaczających go ludzi. Jako dziecko czuł się całym człowiekiem tylko w cerkwi, gdzie nie musiał mówić, gdzie mógł słuchać organów, a ze ścian patrzyli na niego życzliwie ruscy święci. A gdy wychodził na ulicę i wracał do domu, wszystko się zmieniało. Ale Nikifor miał prawo sprowadzania świętych do siebie, do domu, gdzie ich nie było. W każdym względzie był gorszy od wszystkich innych, w tej sprawie był lepszy. Kaplica i jej niebiescy mieszkańcy stali się więc jego obsesją. I gdy poczuł, że nie tylko może o nich myśleć, ale może ich stwarzać, własnymi rękami, mnożyć ich, mieć ich na własność, poczuć się czarodziejem. Zaczął malować obrazki, które były nie tylko zastępstwem świata zostawionego w kościele, jego przedstawieniem. One stanowiły przedmiot magiczny sam w sobie, wotum złożone w ofierze za wybawienie, za uwolnienie od lęku, za dar kreacji. Ta sztuka Nikifora była także wykupieniem z niewoli u ludzi go otaczających. Jako dziecko zobaczył, że wszyscy inni coś robią, pracują w polu, sprzątają. On tego nie potrafił. Spostrzegł wreszcie, że umie zrobić tylko jedną, jedyną rzecz – namalować obraz. Ponieważ jemu samemu obraz ten się spodobał, więc jego celem stało się przekonanie ludzi mu bliskich, że malując obrazy ma prawo do życia takie samo, jak wszyscy inni ludzie. Obrazek Nikifora to był wykup.

Później te akwarele stały się jedynym usprawiedliwieniem jego egzystencji, legitymacją w dosłownym znaczeniu. Jeszcze po wojnie, gdy Nikifor miał kłopoty w Krynicy; gdy nie pozwalano mu rozkładać warsztatu w parku i odbierano akwarele jako dowód żebractwa, Nikifor nosił przy sobie małą szklaną kasetkę, w której z jednej strony była papierowa opaska, z drugiej starannie wybrany obrazek. To był jego dowód osobisty. Przekonany był, że z takimi papierami ma prawo żyć w spokoju. Nie potrzebował nazwiska. Podpisywał się „Nikifor malarz” albo „Nikifor Matejko”, czyli malarz nad malarzami.

W malowaniu świętych i innych przedmiotów potrzebnych mu do życia, a więc willi krynickich, krajobrazu krynickiego, a także miast fantastycznych, postępował jakby wywoływał duchy. Trzeba użyć istotnych znaków, które one na pewno rozpoznają i którym nie będą mogły się oprzeć. Trzeba znać tajemnice ekspresji i ewokacji. Nikifor zaczyna od konturowego, precyzyjnego rysunku, gdyż w ten sposób nadaje dokładne granice postaciom i rzeczom, a zarazem tylko to, co im naprawdę było potrzebne. W twarzy najważniejsze są oczy z rozszerzonymi źrenicami i brwi. Potem zostaje położony kolor, który jest już magicznym kolorem, w połączeniu z innymi, a w oderwaniu od prawdziwych barw przedmiotu. Święty otrzymuje złoto, czyli żółtą aureolę, która otacza drugim kołem jego czoło okryte czarnymi włosami. Ten dwudźwięk czarno-żółty, umieszczony w środku obrazu, promieniuje i staje się podstawą zbudowania całej kompozycji. Taki święty w szatach, jakie mu się należą, z włócznią, jeśli trzeba, lub z gałązką palmową, będzie na pewno świętym. Potem Nikifor oddziela kolory, oddzielając tym samym od siebie namalowane osoby czy rzeczy. W ten sposób każdy ma swoją przestrzeń i gdy trzeba nie komunikuje się z innymi. Za to wszyscy są zwróceni do widza, chętni do rozpoczęcia rozmowy. Niegdyś Nikifor stwarzał sobie w ten sposób prywatne ikony, których był twórcą i jedynym widzem. Teraz widzów jest więcej.

Portrety własne Nikifora, jak wszystkie autoportrety, są zdradą popełnioną wobec samego siebie. Każdy z nich jest opisem nieudanego życia, nie takiego, jakie być mogło. Niegdyś Nikifor przedstawiał się jako wyższy duchowny, konduktor, człowiek umundurowany. Potem maluje siebie jako wyprostowanego, o czerstwych policzkach, Nikifor miał świadomość, że przez malowanie przywołuje kogoś albo coś i że później już tak zostanie. Wychowany w drewnianej Krynicy, wśród delikatnych willi z ażuru deskowego, jest czuły na kształt domu. Ale wymalować chce jeszcze ładniejsze. W każdej willi można coś poprawić. Najlepiej jednak namalować miasta dotąd nie istniejące. Puste domy – obrazy, domy z męczącego snu, w których z każdego komina wydobywa się bez przerwy dym. Wśród nich, na pustym miejscu, na szczycie ogromnej kolumny na krynickim placu Vendôme, stoi jeden jedyny, odwrócony od nas człowiek. To jest Nikifor, którego nikt stamtąd nie usunie.